Galeria
(20 zdjęcia)Zwiastun spektaklu „Zimne ognie”
Twórcy
Autor
Maciej Sajur
Konsultacje
Jakub Klimaszewski
Robert Łęcki
Scenografia i kostiumy
Natalia Paczkowska
Muzyka
Urszula Chrzanowska
Choreografia
Aneta Jankowska
Reżyseria świateł
Tomasz Wentland
Asystent reżysera
Magdalena Gródek
Karolina Olszewska
Inspicjent
Magdalena Gródek
Projekcje
Radek Mroczek
Ze specjalnym udziałem pracowników teatru
Szymon Kapcia
Paweł Krzęciasz
Tomasz Smuła
Teatr, jazz i dym z papierosa
Z Maciejem Sajurem rozmawia Magdalena Musialik
– Jesteś aktorem, reżyserujesz, masz zajęcia ze studentami. To sporo aktywności, a postanowiłeś jeszcze napisać sztukę teatralną.
– Pisanie, to moja duża, trochę skrywana przez wiele lat, pasja. W szufladzie mam wiele szkiców, pomysłów, niedokończonych lub dokończonych scenariuszy (w tym jeden scenariusz do półmetrażowego filmu). Wynika to chyba z wrodzonej potrzeby uruchamiania w życiu stuprocentowej kreatywności. Kiedy akurat w teatrze nie jestem w próbach lub mam przerwę w zajęciach w szkole teatralnej, pojawia się odrobina czasu i pisanie jest w pewnym sensie formą odpoczynku. A co konkretnie skłoniło mnie do napisania „Zimnych ogni”? Zaproszenie do wystawienia własnej sztuki, które otrzymałem od dyrektorów Teatru Bagatela – Andrzeja Wyrobca oraz Krzysztofa Materny.
To historia „lawinowa”: na zajęciach II roku w AST w Bytomiu skonstruowałem ze studentami scenariusz na zajęciach ze scen improwizowanych. Wyszedł z tego bardzo ciekawy egzamin, po którym od władz uczelni dostałem propozycję wyreżyserowania dyplomu. Pomyślałem wtedy, że jest to wspaniała okazja, żeby móc wystawić własny tekst i wraz z moim przyjacielem Kubą Klimaszewskim napisaliśmy wspólnie sztukę „Do jutra, do jutra!”. Powstał z tego piękny i szalony spektakl, który – na moje szczęście – dyrektorzy oraz kilkoro pracowników Teatru Bagatela zobaczyło w Bytomiu. Po obejrzeniu tego przedstawienia dostałem propozycję wystawienia czegoś swojego w krakowskim teatrze. To uruchomiło kolejny pomysł i tak oto powstały „Zimne ognie” – scenariusz skrojony specjalnie dla moich koleżanek i kolegów z zespołu oraz pracowników teatru
– Napisałeś rzecz, która się dzieje w teatrze. Wybrałeś teatr, bo to miejsce z jego uwodzącą specyfika jest ci najlepiej znane?
– Sztuka z założenia miała być o teatrze. Miała być pewnego rodzaju odkryciem intymności tego miejsca przed widzem. Mam do teatru zarówno dużo miłości, jak i dużo dystansu. Spędziłem w nim przez ostatnie 10 lat więcej czasu niż z własną żoną. Ta relacja jest z założenia specyficzna, trudna, szczególna, i przede wszystkim bardzo ważna. Istotną informacją jest to, że w scenariuszu umieściłem bardzo wiele wydarzeń, które miały miejsce w rzeczywistości.
– Sztuka, którą próbują aktorzy toczy się w Stanach Zjednoczonych w połowie lat 50. ubiegłego wieku. Dlaczego wybrałeś właśnie ten okres?
– Lubię łączyć ze sobą dwa, zupełnie niezależne światy i szukać pomiędzy nimi konotacji. Filmy noir z lat 40/50 uwielbiam i mam do nich słabość. Mają w sobie klimat, budują napięcie, są to rzeczywistości wypełnione niezwykle silną atmosferą. I tak – krok po kroku – fikcyjna, osadzonaw latach 50-tych historia rodziny Harrington, związana z mrocznymi tajemnicami domu, połączyła mi się w głowie z historią reżysera, który tworzy spektakl pod presją własnych problemów. W ten sposób mogłem spełnić jednocześnie dwa marzenia: napisać sztukę osadzoną w klimacie jazzu, płaszcza i dymu z papierosa, a jednocześnie opowiedzieć o teatrze i pokazać pełne dystansu spojrzenie na procesy, które w nim obserwuje.
– Jednym z twoich bohaterów są pracownicy techniczni. Ludzie teatru wiedzą, że bez ich pracy i obecności nic w teatrze nie powstanie. To rodzaj hołdu?
– Hołd to może za duże słowo. Niemniej absolutnie doceniam i podziwiam pracę wszystkich osób w teatrze. Jego zdrowe funkcjonowanie jest zależne od ogromnego wysiłku wielu pracowników. Poczynając od pracowni stolarskiej, plastycznej czy krawieckiej, a kończąc na pracy inspicjentek, akustyków, elektryków czy panów montażystów. Zdaję sobie sprawę z realnego problemu, jakim jest niedofinasowanie teatrów w Polsce i świadomość, że wszyscy ci ludzie często pracują za naprawdę niewielkie pensje Jestem szczególnie pełen uznania wobec tego, jaki ci ludzie, a szczególnie osoby pracujące w Bagateli mają szacunek do własnej pracy. Momentem przełomowym był dla mnie spektakl „Pensjonat pana Bielańskiego” w Bagateli, podczas, którego chyba ośmiu panów montażystów wykonuje w ciągu kilku minut pełną zmianę scenografii. Dzieje się to przy zasłoniętej kurtynie. Kilkakrotnie obserwowałem ten obraz i za każdym razem myślałem, że jest to nieprawdopodobna, piękna choreografia, którą panowie precyzyjnie wyćwiczyli. Ta zmiana dekoracji robi na mnie za każdym razem takie wrażenie, że wielokrotnie myślałem w trakcie o tym, że naprawdę szkoda, że widz nie może tego zobaczyć. No i tak postanowiłem zrealizować jeszcze jedno małe marzenie i umieścić w „Zimnych ogniach” taką scenę, żeby widownia mogła zobaczyć, w jaki sposób się to odbywa i ile pracy wymaga precyzyjna zmiana.
– Tworząc przewrotny, zabawny i nierzadko wzruszający tekst, wyznaczyłeś twórczyni scenografii masę wyzwań. Nie łatwo zaprojektować dekorację do takiego scenicznego szaleństwa.
– Twórczynią scenografii jest genialna Natalia Paczkowska. Poznaliśmy się przy okazji robienia spektaklu dyplomowego w AST. Tam na potrzeby projektu, stworzyła łatwo przenośnią, złożoną z wielu modułów, przepiękną konstrukcję, która po złożeniu ważyła 1,5 tony i była prawdziwym (w dodatku funkcjonalnym) dziełem sztuki. Natalia zrobiła tę scenografię za naprawdę minimalny budżet, konstruując ją głównie z odpadów (kawałków mebli itp.). Kiedy zobaczyłem ten szalony projekt, myślałem, że jest to niemożliwe. Później, widząc to na żywo, absolutnie się wzruszyłem, bo wyglądał jeszcze piękniej i bardziej zjawiskowo niż na projekcie. Naprawdę szkoda, że ta scenografia nie została wystawiona gdzieś na konkurs lub po prostu nie stanęła w Muzeum Sztuki Współczesnej.
W przypadku „Zimnych ogni” mam dokładnie takie samo wrażenie. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem scenografie „na żywo”, to było dla mnie ogromne przeżycie.
Natalia jest niezwykle czujna i słuchająca. Wielokrotnie czytała mój scenariusz, była obecna przy wszystkich jego zmianach, często mogłem konsultować z nią różne elementy świata i też sam czasami dostosowywałem swój pomysł do jej propozycji, których staram się zawsze uważnie słuchać. I tak po raz kolejny Natalia stworzyła świat, który idealnie oddaje to, co próbowałem sobie od początku wyobrazić. Myślę, że teraz, znając już dobrze jej gust, estetykę i rozumiejąc chęć i głód kolejnych wyzwań – nie zaprosiłbym jej do projektu, który byłby „nudny”. Jeśli zgodziłaby się kiedyś ze mną jeszcze popracować – z pewnością zrobi to tylko w przypadku, jeśli będzie mogła mieć naprawdę wyjątkowe, ambitne zadanie. I może właśnie ta ambicja, na którą sam trochę „choruję” powoduje, że tak dobrze rozumiemy się w pracy.
Mówiąc o scenografii, trzeba pamiętać o tym, że sam projekt to jedno, ale wykonanie go, to zupełnie inna sprawa. Można mieć genialny projekt, ale np. niemożliwy do zrealizowania w danej przestrzeni lub też słaby projekt, a zrobić jego jakość dopiero w pracowniach. Stworzenie scenografii do „Zimnych ogni”, to oprócz znakomitego projektu Natalii, tak naprawdę praca wielu utalentowanych i doświadczonych ludzi.
Czuwający nad wszystkim kierownik techniczny Robert Łęcki bardzo nas wspierał i był tu dla nas niezbędny, ponieważ już na wczesnym etapie pracy mogliśmy konsultować z nim cały projekt. Na długo zapamiętam też taki moment z tygodnia przed premierą, kiedy podczas stawiania scenografii siedziałem na widowni i poprawiałem jeden z monologów w spektaklu. W tym samym czasie przez kilka godzin pani Beata Klimkowska – Stabryła z pracowni plastycznej patynowała tapetę na ścianie i sprawiła, że zaczęła ona wyglądać, jak naprawdę stary, niszczejący dom.
Teraz, oglądając ten spektakl, cały czas widzę to miejsce i wiem, że pokój, w którym siedzą aktorzy ma niezwykłą atmosferę nie tylko dzięki ich grze, ale właśnie m.in. dzięki pani Beacie. Gdyby nie tego typu praca, w którą naprawdę wielu ludzi włożyło ogrom serca, to nie mielibyśmy żadnych szans na zrealizowanie tak bardzo wymagającego projektu.
I tu w imieniu swoim i Natalii – bardzo wszystkim za to dziękuję.
– Spektakl, to nie tylko słowo, dekoracje, ale również muzyka i choreografia. Zaprosiłeś do pracy Urszulę Chrzanowską, która na potrzeby Zimnych ogni skomponowała muzykę. Nad choreografią czuwała Aneta Jankowska.
– Z Ulą współpracuję po raz kolejny. Ula jest geniuszem – to zdanie wielokrotnie padało podczas prób. Ula tworzy dźwięki i myśli o muzyce w sposób, który czasami sięga daleko poza moją percepcję. Udźwiękowiła niemal całe przedstawienie, a także skomponowała kilka utworów do moich tekstów (m.in. arię operową!). Do stworzenia choreografii zaprosiłem Anetę Jankowską, która opracowała ją w sposób niezwykły. Także i na jej głos doradczy mogłem liczyć. Bardzo doceniam możliwość spotykania takich artystów na swojej drodze.
– Za tym, by „Zimne ognie” powstały, stoi sztab ludzi…
Wielokrotnie będę podkreślał, że najważniejszą dla mnie cechą „projektu” Zimne ognie jest jego kolektywność. Miałem szczęście, że udało mi się zaprosić do współpracy takich twórców, którzy realnie mogli mieć wpływ na kształt spektaklu i wnosić do niego swoją jakość.
– Pisząc Zimne ognie wiedziałeś, że będziesz je reżyserować?
Nigdy nie pisałem nic na czyjeś zamówienie. Myślę, że dobrze reżyseruje się własną sztukę. W trakcie pisania autor wiele dowiaduje się o bohaterach, których tworzy, o relacjach między nimi i ich konstrukcjach psychologicznych. Dzięki temu o wiele łatwiej jest potem prowadzić na próbach aktorów. Na wiele słusznych pytań miałem gotowe odpowiedzi, ponieważ podczas pisania sam, jako aktor, sobie je zadawałem.
– No i pytanie, które się ciśnie na usta: jak reżyseruje się kolegów? Potrafili ci zawierzyć?
– Od pierwszej próby czułem, że moim koleżankom i kolegom spodobał się ten projekt. Na każdym etapie pracy zespół artystyczny dawał z siebie naprawdę dużo i prawdę
mówiąc ani razu nie przeszła mi przez głowę myśl, że reżyseruję kolegów i że to może nie być wcale takie proste i oczywiste. Może szybko wyczuli moje przygotowanie, zaangażowanie i to dało im poczucie bezpieczeństwa, że są prowadzeni w określonym kierunku. A jeśli od początku do końca wszyscy razem wiedzą, czego chcą i każdy ma to samo pragnienie – zrobić dobry i mądry spektakl, to współpraca układa się znakomicie, za co moim utalentowanym koleżankom i kolegom bardzo serdecznie dziękuję.
– Podkreślasz także, jak ważne były dla ciebie konsultacje z Kubą Klimaszewskim i Robertem Łęckim.
– Z Kubą Klimaszewskim konsultowałem scenariusz od samego początku. Dało mi to poczucie bezpieczeństwa i ogromnego wsparcia. Cenię gust Kuby; jego wrażliwość, czucie aktorów i tematów. Kuba to „drugi mózg”. W końcowym etapie pracy pojawiał się czasami na próbach i jego świeże spojrzenie na scenę było bardzo cenne. Z Robertem Łęckim (kierownikiem technicznym Teatru Bagatela) z kolei konsultowałem kwestie techniczne. Spotykaliśmy się w momencie, kiedy scenariusz oraz projekt scenografii dopiero powstawał. Robert pomógł mi i scenografce poznać specyfikę sceny. Uświadamiał nas, gdzie nasz projekt może przekroczyć możliwości techniczne. Wskazywał rozwiązania. Jego ogromne doświadczenie i wiedza idealnie dopełniły nasz projekt. Ostateczny kształt scenografii „Zimnych ogni” był możliwy dzięki wzajemnemu rozumieniu całej naszej trójki.
– Czym jest poczucie humoru?
– Jest niezbędnym, obowiązkowym elementem życia i sztuki. Największe dramaty zawsze zawierają w sobie kroplę poczucia humoru. Humor sprawia, że w odbiorze sztuki pojawia się rodzaj „uwolnienia” i „oddechu” w ramach, którego mogą zaistnieć inne emocje. A w życiu poczucie humoru jest dla mnie priorytetowe, niezależnie od sytuacji. Tylko tak jesteśmy w stanie poradzić sobie z trudnościami.
Właśnie uświadomiłem sobie, że ta wypowiedź nie zawiera w sobie nawet grama poczucia humoru… Chyba powinienem zacząć się martwić. To pewnie przez zmęczenie premierą.
Ale może jeszcze odwołają, to wszystko wróci do normy…
Spektakl bierze udział w 30. Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej

Ogólnopolski Konkurs na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej ma na celu nagradzanie najciekawszych poszukiwań repertuarowych w polskim teatrze, wspomaganie rodzimej dramaturgii w jej scenicznych realizacjach oraz popularyzację polskiego dramatu współczesnego. Konkurs organizowany jest przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie.
W I etapie Konkursu spektakle ocenia Komisja Artystyczna w składzie: Jacek Sieradzki (przewodniczący), Dominik Gac, Piotr Hildt, Anna Jazgarska, Szymon Kazimierczak, Andrzej Lis, Wanda Świątkowska.
Twórcy
Autorzy
Sławomir Mrożek
Andrzej Saramonowicz
Reżyseria
Andrzej Saramonowicz
Scenografia, kostiumy i projekcje
Aleksander Janicki
Muzyka
Maria Anna
Janicka-Kordasz
Choreografia
Kaja Walden
Reżyseria świateł
Marek Oleniacz
Asystent reżysera/ inspicjent
Monika Handzlik
Osoby
Zaliczany do najchętniej czytanych i najwyrazistszych niezależnych publicystów w kraju. Jego teatralny „Testosteron” – od wielu lat grany nieustannie w kilkunastu krajach – jest jedną z najpopularniejszych polskich sztuk na świecie. W Teatrze Bagatela gramy go z powodzeniem przez długie osiemnaście lat.
Galeria
(16 zdjęcia)Twórcy
Autor
Jakub Morawski
Adaptacja i teksty
Krzysztof Materna
Reżyser
Krzysztof Materna
Scenografia
Katarzyna Sankowska
Muzyka
Jacek Ostaszewski
Kierownik muzyczny
Artur Sędzielarz
Choreografia
Jarosław Staniek, Katarzyna Zielonka
Reżyser świateł
Marek Oleniacz
Reklamy Ptaszków
Michał Materna
Asystentka reżysera, inspicjentka
Magdalena Gródek
Obsada
Katarzyna Chlebny
—
Andżelika/ Joasia
Urszula Grabowska-Ochalik
—
Helena de Fraud, Właścicielka stacji TV
Michał Kościuk
—
Pacjent, Grześ, Sebo
Wojciech Leonowicz
—
Pacjent, Ksiądz arcywielebny arcybiskup Bapko, Władek
Ewa Mitoń
—
Helena de Fraud, Właścicielka stacji TV
Anna Rokita
—
Pacjentka, Magdalena Murek - gwiazda TV, Jadzia
Maciej Sajur
—
Pacjent, Krzysztof Krzysztof, Jurek
Magdalena Walach
—
Pacjentka, Milenka I, Genia
Magdalena Woleńska
—
Pacjentka, Milenka II
Krzysztof Materna
—
Prezes Stowarzyszenia Ptaków Polskich
Galeria
(9 zdjęcia)Twórcy
Autor
Jarosław Mikołajewski
Reżyseria
Dariusz Starczewski
Scenografia, kostiumy
Urszula Czernicka
Muzyka
Mateusz Kobiałka
Reżyseria świateł
Marek Oleniacz
Asystentka reżysera/ inspicjentka
Joanna Jaworska
Osoby
Jarosław Mikołajewski – poeta, pisarz, eseista, tłumacz i publicysta, a także autor książek dla dzieci. Wydał kilkadziesiąt tomów poezji i prozy. Wielokrotnie nagradzany, m.in. Nagrodą im. Kazimiery Iłłakowiczówny, dwukrotnie Nagrodą m.st. Warszawy, odznaczony Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. Jego dorobek translatorski obejmuje szereg dzieł klasycznych z języka włoskiego, takich autorów jak Petrarka, Giuseppe Ungaretti, Pier Paolo Passolini czy Carlo Collodi. Jest autorem nowego tłumaczenia monumentalnego dzieła Dantego – Boskiej Komedii.
Dariusz Starczewski – aktor filmowy i teatralny, reżyser, pedagog. W 1993 roku współtworzył Grupę Rafała Kmity, w której debiutował jako aktor. Z Teatrem Bagatela związany od 2001 roku, choć występuje także na innych krakowskich scenach, m.in. w Teatrze Scena STU. W Bagateli wyreżyserował m.in. Szklaną menażerię (2004), Tramwaj zwany pożądaniem (2009), Postrzał (2013) oraz Trzy siostry (2017), a obecnie gra w spektaklach Rewizor, Pensjonat pana Bielańskiego oraz w Pijakach.
Recenzje
Gazeta Wyborcza | Teatrologia.info | Teatr dla Wszystkich
„Pijacy” zwiastun
Twórcy
Scenariusz i reżyseria
Artur W. Baron
Scenografia, reżyseria świateł
Łukasz Błażejewski
Kostiumy:
Dorota Roqueplo
Choreografia:
Maćko Prusak
Opracowanie muzyczne:
Paweł Romańczuk
Przygotowanie wokalne
Artur Sędzielarz
Projekcje video
Tomasz Głodek
Asystent scenografa
Magdalena Łakoma
Asystent kostiumografa
Beata Klimkowska-Stabryła
Asystent reżysera/inspicjent
Magdalena Gródek
Obsada
Krzysztof Bochenek
—
Pijakiewicz
Aleksandra Godlewska
—
Pijakiewiczowa
Justyna Schneider
—
synowica Pijakiewicza
Wojciech Leonowicz
—
Iwroński - kawaler
Patryk Szwichtenberg
—
Sobrecki – kawaler
Dariusz Starczewski
—
Łykaczewski
Ewa Mitoń
—
Łykaczewska
Krzysztof Cybulski
—
Ebriacki
Alina Kamińska
—
Ebriacka
Juliusz Krzysztof Warunek
—
Lusztykiewicz
Magdalena Walach
—
Roztropska, ciotka Teresy
Lidia Olszak
—
Magdalena, służebna Pijakiewiczów
Marek Bogucki
—
Hajduk Bachusewicz
Tomasz Lipiński
—
Hajduk Bachusewicz
Rozmowa z Arturem W. Baronem
– Pijacy według Franciszka Bohomolca w pańskiej reżyserii pojawili się już trzy lata temu w Teatrze Polskim w Szczecinie.
– Tak, graliśmy tę komedię przez jeden sezon w 2019 roku, potem teatr w Szczecinie został zamknięty z powodu przebudowy. Pijacy w Teatrze Bagatela są jednak zupełnie nową sztuką, właściwie wszystkie jej elementy są nowe. Tekst został zmieniony; choć nadal głównym spoiwem jest oświeceniowa komedia Bohomolca, to poszerzyłem ją o fragmenty z innych sztuk tego autora, a także o elementy z pamiętników, dzienników i różnych tekstów staropolskich. Dodałem też więcej cytatów z współczesnej, mówiącej o piciu prozy: z Pilcha czy Jerofiejewa. Ale przede wszystkim diametralnie odmieniona została koncepcja inscenizacyjna i obsadowa, nowi są twórcy, biorący udział w projekcie. Stąd pomysły na kostiumy autorstwa Doroty Roqueplo, kompletnie zmieniony kształt scenograficzny, stworzony przez Łukasza Błażejewskiego, a także inna warstwa muzyczna, skomponowana przez Pawła Romańczuka z zespołu Małe Instrumenty, inne piosenki, a nawet inny ruch sceniczny, opracowany przez Maćko Prusaka. Słowem – Bagatela od Nowa i Pijacy od nowa!
– Jak tekst oświeceniowy brzmi dzisiaj? Uwspółcześnił go pan?
– Akcja spektaklu dzieje się współcześnie, choć bawimy się i na różne sposoby gramy odniesieniami do sarmatyzmu. Nie udajemy oczywiście sarmatów jak z Sienkiewicza, ale tworzymy na wskroś współczesne postaci, które mówią językiem staropolskim ze współczesną energią i ekspresją. Mam nadzieję, że udało nam się to połączyć bez sztuczności i nadęcia. Wszystko to sprawia, że osiemnastowieczny tekst Pijaków nabierze rumieńców i stanie się bliższy dzisiejszej widowni. Trzeba jednak zaznaczyć, że od oświecenia do dnia dzisiejszego tak naprawdę bardzo niewiele się zmieniło w Polskiej obyczajowości – jak piliśmy, tak pijemy! Dużo i wciąż na umór, pijemy z jakąś dzikością serca i szaleństwem, które zdają się wiele mówić o naszym narodowym charakterze. Jerzy Pilch w swojej sienkiewiczowskiej frazie, która wspaniale koresponduje z językiem Bohomolca, ujął to tak: „Piję, bo piję, piję, bo lubię, piję, bo jestem obciążony genetycznie. Wszyscy moi przodkowie pili. Pili moi pradziadowie i dziadowie, pił mój ojciec i piła moja matka. Nie mam sióstr ani braci, ale jestem pewien: gdyby byli na świecie, wszystkie moje siostry by piły i wszyscy moi bracia również by pili”.
– Czy to nie trochę smutne?
– Bohomolec napisał Pijaków trzysta lat temu z myślą o naprawie moralnej polskiego społeczeństwa, ale społeczeństwo, jak to społeczeństwo, jest jakie jest i ma to do siebie, że niezbyt chętnie się uczy i chyba niekoniecznie jest skłonne do naprawy. Można się więc zastanawiać, czy umoralnianie w ogóle ma jakiś sens. Dlatego nie traktuję tej sztuki umoralniająco. Nie oceniam ani tych, którzy piją, ani samego picia. Zresztą już w starożytności wykopywano tabliczki z tekstami, w których piętnowano „młódź wszeteczną” i jej zepsucie moralne. Dlatego podchodzę do sprawy z przymrużeniem oka, a nawet z wielką wyrozumiałością dla bohaterów. W naszych Pijakach stawiamy lustro, w którym każdy może się przejrzeć i pomyśleć o własnych doświadczeniach, wyciągnąć wnioski, a także zobaczyć, jak niewiele się różnimy od naszych sarmackich przodków. Pijakiewicz wypowiada w sztuce Bohomolca takie słowa: „Chcesz przyjaźń z kimś zawrzeć – trzeba się upić; chcesz sprawę jakąś wykierować – trzeba się upić. Inaczej zginąłby człowiek na tym świecie!”. Mam wrażenie, że to bardzo współczesna myśl, oddająca odwieczny stan polskiego ducha. Bez wódeczki nie da rady, kto nie pije ten donosi, rudy – napij się, i tym podobne. Pozornie opowiadamy więc „rzecz wesołą i pełną przyjemności”, ale można w niej zobaczyć i drugą, znacznie mniej zabawną stronę. Choćby tradycja przymuszania do picia – „Nie pić, nie pić, jak nie pić, mając gości u siebie? Pozwolić gościowi odejść zanim się upije, jako też przyjęcie zakończyć, zanim pan domu pijany nie będzie, wstyd przynosi” – oto zwyczaj staropolski, ale i dziś nam nie obcy, prawda? A trzeba też wiedzieć, że wówczas wypijano ogromne ilości alkoholu. Naczynia do picia trunków z osiemnastego czy nawet dziewiętnastego wieku były ogromne i nierzadko mieściły całą butelkę wina, jak choćby kielichy powitalne, nazywane wilkami od niemieckiego willkommen. Zarówno więc obyczaje, jak i ilości, które wypijano, nie sprzyjały zdrowemu oglądowi świata i otaczającej nas rzeczywistości. I skończyło się, jak się skończyło…
– Skąd pomysł na wystawienie komedii Franciszka Bohomolca?
– Po prostu lubię imprezować! [śmiech] Pomyślałem, że zamiłowanie do zabawy bardzo głęboko w nas, Polakach, tkwi, i dobrze zobaczyć to z dystansu, dobrze się w tym przejrzeć. Poza tym konfrontacja z komedią oświeceniową była dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem. Mam też poczucie, że jest to pewien rodzaj misji: przywracanie starodawnym tekstom życia i nadawanie im nowej jakości to naprawdę wspaniała rzecz! Choć w tekście Bohomolca nie ma specjalnych głębi filozoficznych czy rozważań o naturze picia, starałem się znaleźć przestrzeń i dla takich rozważań. Gdzieś w tle pojawiają się więc pytania: czy picie jest naszą polską tożsamością, stanem polskiego ducha? Czy naprawdę bez tego się nie da? Pewnie się nie da. No więc: „W Polskę idziemy, drodzy panowie, w Polskę idziemy! Nim pierwsza seta zaszumi w głowie, drugą pijemy!”.
Z Arturem W. Baronem rozmawiała Katarzyna Wójcik
Osoby
Franciszek Bohomolec (1720–1784)
Był jedną z czołowych postaci polskiego oświecenia. Zasłużył się zarówno na polu literackim, jak i edukacyjnym. Przez 20 lat uczył w warszawskiej szkole zakonu jezuitów, do którego należał; kierował także drukarnią warszawską, redagował „Kurier Polski” i „Wiadomości Uprzywilejowane Warszawskie” oraz pisał do „Monitora”. W swoich mowach i artykułach występował w obronie czystości języka polskiego i kultury polskiej, piętnując manieryczne stosowanie obcych zwrotów. Wydał między innymi dwa podręczniki do nauki retoryki i poetyki, a także tom wierszy. Trzon jego
twórczości literackiej stanowiły jednak dramaty, które zaczął tworzyć w wieku
25 lat. Zasłynął przede wszystkim jako twórca teatru pedagogicznego w Polsce.
Jego komedie, zwane konwiktowymi, propagowały naprawę obyczajów, równość
społeczną, a także zaniechanie uprzedzeń wobec obcokrajowców, i przeznaczone
były w szczególności do wystawiania na otwartych scenach przez młodzież
szkolną. Wiele spośród nich było przeróbkami sztuk zagranicznych twórców, w tym
Moliera, którego – jak napisał Jan Kott – Bohomolec „odkrył dla polskiej sceny”. Zamieszczona w wydanych w 1767 Komediach na teatrum JKMci wyprawowanych sztuka Pijacy reprezentuje ten typ dowcipnej farsy na tle lekkiej, zabawnej intrygi, po którą Bohomolec sięgał w swojej twórczości najchętniej.
Artur W. Baron
Scenarzysta i reżyser. Wyreżyserował między innymi filmy Anioł w Krakowie (2002, nagrodzony m.in. Nagrodą za debiut reżyserski na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych oraz Polską Nagrodą Filmową Orzeł), Zakochany Anioł (2005, nagrodzony Srebrnym Granatem na Ogólnopolskim Festiwalu Filmów Komediowych), Tischner – życie w opowieściach (2008, nagroda Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji) oraz Marek Edelman: Życie. Po prostu (2008, Nagroda Publiczności na Festiwalu Form Dokumentalnych „Nurt”). W swoim dorobku ma również reżyserię spektakli teatralnych i telewizyjnych – m.in. Wariacje tischnerowskie. Kabaret filozoficzny (2018), Igraszki z diabłem (2020) oraz Inne rozkosze (2021). Pijacy w Teatrze Bagatela są zupełnie nową odsłoną tej komedii, granej przez jeden sezon w 2019 roku w teatrze w Szczecinie. Sztuka Bohomolca została poszerzona o fragmenty z innych dzieł tego autora, a także o elementy z pamiętników oraz dzienników staropolskich i z literatury współczesnej. Relację między dawnym a współczesnym uzupełniają kostiumy autorstwa Doroty Roqueplo, scenografia stworzona przez Łukasza Błażejewskiego, a także warstwa muzyczna, którą skomponował Paweł Romańczuk z zespołu Małe Instrumenty.
Dorota Roqueplo
Kostiumografka, absolwentka Szkoły Projektowania i Kostiumu w Paryżu. Wielokrotnie nagradzana za swoje projekty, m.in. Polską Nagrodą Orzeł w kategorii najlepsze kostiumy (2012 – za Młyn i krzyż, 2015 – za Miasto 44, 2016 – za Hiszpankę, 2022 – za Magnezję). Jej projekty można zobaczyć także w spektaklu Teatru Bagatela Piosenki od nowa. Kamila Klimczak.
Recenzje
Galeria
(6 zdjęcia)Twórcy
Reżyseria
Krzysztof Materna
Scenariusz
Krzysztof Materna, Kamila Klimczak
Opracowanie muzyczne
Dawid Sulej Rudnicki
Scenografia
Marek Braun
Kostiumy
Dorota Roqueplo
Obrazy
Jerzy Skolimowski
Projekcje
Wojciech Kapela
Światła
Marek Oleniacz
Dżwięk
Mateusz Hajto
Autor plakatu
Łukasz Błażejewski
Asystent reżysera
Aleksandra Wiśniewska
Inspicjent
Monika Handzlik
Zespół muzyczny
Fortepian
Dawid Sulej Rudnicki
Skrzypce, gitara
Michał Chytrzyński
Trąbka
Zbigniew Szwajdych
Perkusja
Michał Peiker
Saksofon
Marcin Konieczkowicz
Gitara basowa, kontrabas
Grzegorz Bąk
Obsada
Jaka była myśl przewodnia przy wyborze piosenek do recitalu Kamili Klimczak?
Osoby
Kamila Klimczak
Aktorka Teatru Bagatela w Krakowie. Współpracowała również z Teatrem STU, Teatrem Barakah, Teatrem Komedia i Teatrem KTO w Krakowie, Teatrem im. St. Jaracza i Teatrem Muzycznym w Łodzi, a także Teatrem Rampa w Warszawie. Artystka legendarnej krakowskiej Piwnicy Pod Baranami. W zespole Leopolda Kozłowskiego śpiewała tradycyjne pieśni żydowskie w języku hebrajskim i jidysz, a także zupełnie nowe, napisane do słów i tłumaczeń Jacka Cygana. Laureatka licznych nagród wokalnych i aktorskich, m.in. I Nagrody na XXI Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki Francuskiej w Lubinie, I Nagrody na Przeglądzie Piosenki Kabaretowej O.B.O.R.A. w Poznaniu. Współpracuje z Teatrem Polskiego Radia i Radiem Kraków. Nagrała płytę Rysy na życiorysie, będącą zapisem jej spektaklu recitalu z Piwnicy pod Baranami. Odznaczona Brązowym Krzyżem Zasługi.
Dawid Sulej Rudnicki
Kompozytor, aranżer, pianista. Absolwent Akademii Muzycznej im. K. Szymanowskiego w Katowicach. Pedagog Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. L. Solskiego w Krakowie i Krakowskiej Akademii Tańca L`art de la Danse. Autor piosenek, muzyki do spektakli, pokazów tanecznych i filmów. Otrzymał Nagrodę Rektora PWST w Krakowie i Nagrodę Teatralną im. Stanisława Wyspiańskiego. Napisana wspólnie z Agnieszką Grochowicz piosenka Niestosowne Sny zajęła I miejsce na Alternatywnej Liście Przebojów Radia Kraków, a film Przyjęcie w reżyserii Maćka Bochniaka z jego muzyką zdobył wyróżnienie specjalne na festiwalu Open City Docs w Londynie.
Jerzy Skolimowski
Malarz, poeta, scenarzysta, aktor filmowy, reżyser ponad 20 filmów, zdobywca wielu nagród, m.in. Złotego Niedźwiedzia w Berlinie za Le Depart, Grand Prix du Jury w Cannes za The Shout i Grand Prix w Wenecji za Essential Killing. Pierwszą wystawę indywidualną swoich obrazów miał w Turynie w Webber Gallery w 1996 roku. Swoje prace prezentował także w galeriach m.in. w Berlinie, Bukareszcie, Los Angeles, Oslo, Paryżu, Toronto, Salonikach, Warszawie. Jego obrazy znajdują się w zbiorach muzealnych i prywatnych kolekcjonerów (m.in. Jacka Nicholsona). W 2015 roku otrzymał tytuł doktora honoris causa Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi. Laureat wielu konkursów, m.in.: I miejsce w Transatlantyk Poznań International Film and Music Festival oraz w Legnica Cantat, II miejsce w Komeda Jazz Festival, a także wyróżnienie w Iława Old Jazz Meeting i nagroda publiczności w Jazz Improvizacjia – Wilno.
Recenzje
Dziennik Teatralny | TVP 3 Kraków | e-teatr | Radio Kraków | Kraków naszemiasto
Galeria
(6 zdjęcia)Twórcy
Autor
Eric - Emmanuel Schmitt
Tłumaczenie
Jan Nowak
Reżyser/Reżyseria świateł
Adam Opatowicz
Scenografia/Kostiumy
Marek Braun
Wykonanie muzyczne
Janusz Olejniczak
Opracowanie muzyczne
Janusz Olejniczak
Asystent reżysera/inspicjent
Monika Handzlik
Osoby
Adam Opatowicz
Reżyser, aktor i autor muzyki do kilkudziesięciu przedstawień teatralnych. W latach 1992 – 1994 kierownik artystyczny szczecińskich teatrów Krypta i Piwnica przy Krypcie. Od 1994 roku dyrektor Teatru Polskiego w Szczecinie. Założyciel kabaretu literackiego Czarny Kot Rudy, tworzonego przez aktorów Teatru Polskiego: J. Kołaczkowską, A. Andrusa, A. Poniedzielskiego, J. Józefowicza i S. Tyma. Reżyser takich przedstawień jak Hrabina, Paria (Opera na Zamku), Ogrody czasu (Teatr Polski w Szczecinie), Mistrz i Małgorzata (Teatr Polski w Szczecinie), Kolacja na cztery ręce (Teatr Polski w Szczecinie), Hamlet i Sen nocy letniej (widowiska plenerowe na dziedzińcu Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie), a także musical Cień W. Młynarskiego i M. Małeckiego oraz Stacyjka Zdrój J. Przybory i J. Wasowskiego (wspólnie z Andrzejem Poniedzielskim, Teatr Ateneum w Warszawie i Teatr Polski w Szczecinie). W Teatrze Bagatela wyreżyserował Panią Pylińską i sekret Chopina.
Janusz Olejniczak
Jeden z najwybitniejszych współczesnych chopinistów. W 1970 r. był najmłodszym laureatem Międzynarodowego Konkursu im. Fryderyka Chopina, nagrodzony także na Międzynarodowym Konkursie im. Alfreda Caselli w Neapolu. Artysta koncertuje w Europie, obu Amerykach, Azji i Australii w najsłynniejszych salach koncertowych. Wielokrotnie zasiadał w jury konkursów pianistycznych, dawał również lekcje mistrzowskie poza granicami kraju. Poza żelaznym repertuarem klasycznym wykonuje także polską muzykę współczesną, m.in. Lutosławskiego, Góreckiego, Kilara. Był jednym z pierwszych wykonawców muzyki Chopina na instrumentach historycznych (Érard i Pleyel); jest stałym gościem festiwalu Chopin i jego Europa w Warszawie, na którym zagrał m.in. u boku Marthy Argerich i Marii João Pires. Jego dorobek artystyczny obejmuje ponad czterdzieści nagrań, w tym ścieżki dźwiękowe do takich filmów jak Pianista Romana Polańskiego czy Błękitna nuta Andrzeja Żuławskiego. Odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Złotym Medalem Gloria Artis oraz ośmiokrotnie nagrodą Fryderyk.
Eric-Emmanuel Schmitt
Porzucił karierę akademicką jako wykładowca filozofii (z której obronił doktorat) na Uniwersytecie Sabaudzkim, aby oddać się pisarstwu. Jego trzy pierwsze dramaty (nietłumaczone na język polski), wystawione we francuskich teatrach w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, przyniosły mu prestiżowe francuskie nagrody teatralne (m.in. trzykrotnie Nagrodę Moliera) i rozpoznawalność jako wybitny dramatopisarz. W ciągu dziesięciolecia Schmitt stał się jednym z najpopularniejszych francuskojęzycznych autorów na świecie. Pisał powieści, opowiadania, eseje i dramaty, tłumaczone na trzydzieści pięć języków, a dramaty wystawiane w ponad czterdziestu krajach. W 2001 roku został nagrodzony Grand Prix du Théâtre de l’Académie Française, a dziewięć lat później otrzymał Nagrodę Goncourtów w kategorii opowiadania za zbiór opowiadań Trucicielka.
Galeria
(13 zdjęcia)Twórcy
Autor
Pierre-Augustin Caron de Beaumarchais
Opracowanie tekstu na podstawie tłumaczenia Tadeusza Boya-Żeleńskiego
Mikołaj Grabowski
Reżyseria, teksty arii
Mikołaj Grabowski
Scenografia, kostiumy
Zuzanna Markiewicz
Aranżacje, muzyka ilustracyjna
Krzysztof Herdzin
Przygotowanie wokalne
Agnieszka Magiera
Reżyseria świateł
Marek Oleniacz
Konsultacja w zakresie transpozycji tonacji i zapisu nutowego
Maciej Michalik
Producent wykonawczy, inspicjent
Joanna Jaworska
Obsada
Marek Bogucki
—
Bartolo
Przemysław Branny
—
Bartolo
Natalia Hodurek-Ratuszny
—
Cherubin
Kamila Pieńkos
—
Cherubin
Kamila Klimczak
—
Zuzanna
Michał Kościuk
—
Antonio
Izabela Kubrak
—
Hrabina
Katarzyna Litwin
—
Gąskowska
Anna Rokita
—
Marcelina
Sławomir Sośnierz
—
Bazylio
Marcin Kobierski
—
Figaro
Marcel Wiercichowski
—
Hrabia Almawiwa
Almira Nawrot
—
Franusia
Osoby
Mikołaj Grabowski
Pierre-Augustin Caron de Beaumarchais (1732–1799)
Recenzje
Gazeta Wyborcza | teatrologia.info
Twórcy
Autor
Witold Gombrowicz
Adaptacja i reżyseria
Mikołaj Grabowski
Na ekranie we własnych kompozycjach
Olga Mysłowska
Twórcy
Scenariusz i reżyseria
Krzysztof Materna
Teksty piosenek
Maciej Stuhr
Kostiumy
Urszula Czernicka
Muzyka
Janusz Stokłosa i Wojciech Kilar
Choreografia
Jarosław Staniek i Katarzyna Zielonka
Opracowanie muzyczne
Artur Sędzielarz
Reżyseria świateł
Marek Oleniacz
As. reż./Inspicjentka
Magdalena Gródek
Obsada
Krzysztof Bochenek
Anna Branny
Przemysław Branny
Natalia Hodurek-Ratuszny
Marcin Kobierski
Izabela Kubrak
Wojciech Leonowicz
Tomasz Lipiński
Monika Padewska
Kamila Pieńkos
Maciej Sajur
Justyna Schneider
Kaja Walden
Marcel Wiercichowski
Magdalena Woleńska
Krzysztof Materna
Galeria
(10 zdjęcia)Twórcy
Autor
Ray Cooney
Adaptacja
Michael Barfoot
Tłumaczenie
Elżbieta Woźniak
Reżyser
Artur Barciś
Scenografia
Urszula Czernicka
Opracowanie muzyczne
Igor Przebindowski
Reżyseria świateł
Marek Oleniacz
As. reżysera/ inspicjent
Joanna Jaworska
Obsada
Ewelina Starejki
—
Jackie Smith
Lidia Olszak
—
Jackie Smith
Michał Kościuk
—
Mark Smith
Marcel Wiercichowski
—
Mark Smith
Jakub Bohosiewicz
—
Barry Smith
Anna Rokita
—
Stella Gardner
Małgorzata (Weronika) Piskorz
—
Inspektor Troughton
Kamila Pieńkos
—
Inspektor Troughton
Marek Bogucki
—
Inspektor Porterhouse
Piotr Urbaniak
—
Bobby Franklyn
Joanna Jaworska
Reporter
Ludzki reżyser – rozmowa z Arturem Barcisiem
– Być może nie wszyscy widzowie wiedzą, że jest pan nie tylko aktorem, ale także od ponad dwudziestu lat reżyserem. Co pana skłoniło do przejścia na drugą stronę rampy?
– Reżyseria jest zupełnie innym zawodem. Podczas wielu prób, z różnymi reżyserami, zorientowałem się, że mam wystarczające i wiedzę, i wyobraźnię, żeby zaaranżować daną scenę w zupełnie inny sposób, niż to było proponowane. Czasami reżyser w ogóle nie wiedział, jak poprowadzić jakąś sytuację. Spora suma podobnych doświadczeń popchnęła mnie do decyzji, żeby po prostu spróbować. Kiedy to zrobiłem pierwszy raz, efekt był zadowalający. Ponadto, muszę się przyznać, reżyseria sprawia mi ogromna frajdę.
– Koledzy aktorzy poddają się panu, czyli – prosto rzecz ujmując – słuchają pana?
– Różnie to bywa. Kiedyś zdarzyła mi się sytuacja, że jedna z aktorek nie zauważyła wręcz, że jestem reżyserem. Widziała we mnie jedynie kolegę aktora. Chciała poprowadzić rolę po swojemu, wbrew tekstowi czy mojemu myśleniu. Rozstaliśmy się. Kiedy jestem reżyserem, biorę całkowitą odpowiedzialność za całokształt przedstawienia, a kiedy jestem aktorem, skupiam się na swojej roli. Teatr rządzi się własnymi prawami i prawdami. Nawet kiedy ja – aktor – Artur Barciś źle zagram jakąś rolę, to winien jest temu reżyser. W naszym teatralnym środowisku mawia się, że reżyser to pierwszy po Bogu i coś w tym jest. Ale ten pierwszy po Bogu ponosi konsekwencje tego pierwszeństwa; jeśli spektakl jest niedobry, jest to jego winą. Z drugiej strony ta odpowiedzialność jest niezwykle podniecająca, bo w sytuacji gdy przedstawienie odnosi sukces, to splendor spływa na reżysera, a aktorzy chcą z taką osobą współpracować w przyszłości.
– Artur Barciś reżyser jest: wymagający, stanowczy, wybuchowy, czy wręcz przeciwnie?
– Jestem bardzo wymagający. Prawdopodobnie dlatego, że wiele wymagam od siebie. Jeżeli na przykład umawiam się z zespołem na początek próby o dziesiątej, to oczekuję, że wszyscy o tej porze są już w pracy. Lubię punktualność, dotrzymywanie słowa, dyscyplinę. Ale ponieważ jestem także aktorem, potrafię być wyrozumiały. Wiem, że każdy jest człowiekiem i ma momenty jakiejś niedyspozycji, rozluźnienia. Jak Maciej Wojtyszko mawia: jestem ludzkim reżyserem. Finalnie najważniejsze jest przedstawienie, które trzeba zrobić. I nikogo, żadnego widza czy krytyka nie interesuje, ile po drodze było przypadków losowych i w jakiej kondycji doszliśmy do premiery. Liczy się efekt, za który reżyser bierze odpowiedzialność.
– Gra pan w Och-Teatrze w Maydayu Cooneya w reżyserii Krystyny Jandy, więc doskonale zna tę farsę. Czy realizacja prapremierowej adaptacji Barfoota to wyzwanie?
– Chociaż historia w Maydayu odNowa jest niby ta sama, to nie jest ten sam spektakl. Tutaj role są odwrócone i główną bohaterką jest kobieta, nie mężczyzna. To zmienia w bardzo dużym stopniu kontekst. Zupełnie inaczej przedstawia się np. sytuacja, kiedy Bobby Franklyn, który jest gejem, rozmawia z żoną głównego bohatera, jak poprzednio, a zupełnie inaczej, kiedy rozmawia z mężem głównej bohaterki, jak w naszym spektaklu. Prawda? Poza tym w tej adaptacji temat homoseksualizmu jest zdecydowanie dużo łagodniej potraktowany i nie nacechowany rubasznymi, prostackimi i niesmacznymi konotacjami.
– Mayday odNowa jest klasyczną farsą?
– Niby tak, ale ja go w ten sposób nie traktuję. Farsa zawiera w sobie elementy nieprawdopodobne. Dla mnie Mayday jest komedią. Doskonałą. Przecież to wszystko naprawdę mogło się zdarzyć…
– To pierwsze pana spotkanie z aktorami Bagateli.
– Pracujemy intensywnie i precyzyjnie z Zespołem, by stworzyć dobre przedstawienie. Relaksujące, ale świetnie zagrane i sprawnie wyreżyserowane. Powinno się udać choćby dlatego, że nikt mnie nie traktuje jak kumpla [śmiech].
rozmawiała Magdalena Musialik
Osoby
Artur Barciś
Recenzje
RMF 24 | Ujot.fm | e-teatr | Gazeta Wyborcza
Galeria
(10 zdjęcia)Twórcy
Adaptacja/Reżyseria
Marek Gierszał
Teksty piosenek
Artur Andrus
Scenografia
Katarzyna Wójtowicz
Kostiumy
Hanna Sibilski
Choreografia
Grzegorz Suski
Muzyka
Adam Opatowicz
Reżyseria świateł
Tomasz Wentland
Asystent reżysera/ inspicjent
Magdalena Gródek
Obsada
Krzysztof Bochenek
—
Maurycy Stolnik
Anna Rokita
—
Halina Bodziewicz, wdowa, jego siostra
Natalia Hodurek-Ratuszny
—
Ida, jej córka
Monika Padewska
—
Ida, jej córka
Izabela Kubrak
—
Franciszka, jej córka
Maciej Sajur
—
Alfred Stolnik, jego bratanek
Kosma Szyman
—
Kazimierz Czereśniak, malarz, przyjaciel Alfreda
Marcin Kobierski
—
Apolinary Feigenbaum, człowiek światowy
Magdalena Walach
—
Baronowa Sołowiejczyk, pisarka powieści z wydźwiękiem
Sławomir Sośnierz
—
Stanisław Bielański, były dyrektor teatru muzycznego
Aleksandra Godlewska
—
Amalia Tołbaczewska, jego szwagierka
Kamila Pieńkos
—
Fryderyka, jej córka
Dariusz Starczewski
—
Józef Gromski, major
Tomasz Lipiński
—
Adam Łopatowicz, prawie aktor
Piotr Różański
—
Jan, garson
Anna Branny
—
Kwiaciarka
Teatr pełen teatru – rozmowa z Markiem Gierszałem
– Possa nie jest nazwą gatunku teatralnego znaną szerokiej polskiej publiczności. A to określenie uzupełnia tytuł Pensjonatu Pana Bielańskiego.
– Myślę, że i niemiecka publiczność nie zna tego określenia zbyt dobrze, choć pochodzi ono z tradycji tamtejszego teatru, ale, jeśli dobrze pamiętam, zapożyczonej chyba w XVIII wieku od Francuzów… Wyjaśnijmy dla porządku, że possa to dawne określenie lekkiego utworu scenicznego o błahej treści. Possę cechuje lokalność. Bywa, że jej bohaterami są ogólnie znane miejscowej społeczności postaci. Niemiecką possę wyróżnia jeszcze tradycja, która nawiązuje do karnawałowych przemów okolicznościowych. Chyba najistotniejsze w possie jest to, że pomimo śmiania się z ludzkich przywar i ułomności nie jest moralizatorska. Tak też jest w przypadku Pensjonatu, który obśmiewając ludzką próżność, nie poucza i nie naucza, bohater nie ponosi żadnej kary, a widz nie jest sztorcowany. Raczej zawstydzenie czy odkrycie błędu bohatera przez samego siebie ma być zaproszeniem widza do przemyślenia postaw, pamiętając, że to tylko forma, żart i teatr śmiechu. Possa jest więc rodzajem umowy między twórcami a widzem, który wiedząc, z czym ma do czynienia, zwyczajnie godzi się na taki rodzaj rozrywki i zabawy.
– Razem z Herbertem Kaluzą jesteście autorami polskiej adaptacji Pension Schöller. Ta sztuka Carla Laufsa i Wilhelma Jacoby’ego jest sztandarowym lekkim utworem granym w niemieckich teatrach od momentu napisania w 1890 roku do dzisiaj. Dużo czasu zajęła adaptacja tego utworu? I skąd pomysł, żeby rzecz działa się w Krakowie?
– Naszą wersję Pensjonatu zawdzięczamy Adamowi Opatowiczowi, dyrektorowi Teatru Polskiego w Szczecinie, który tylko na podstawie mojej opowieści, bo jeszcze nie przygotowaliśmy polskiej wersji, w maju 2017 wyznaczył termin premiery już na październik! Na szczęście dla realizacji stało się to trzy miesiące później. Premiera Pension Schöller odbyła się w Berlinie, w którym też rozgrywa się akcja sztuki. Oczywiście w tradycji possy zmieniano miejsce akcji, dostosowując je do miasta, w którym tę sztukę grano. Zastanawiając się, gdzie osadzić polską wersję, w pewnym momencie zrozumieliśmy, że Kraków jest najlepszym miejscem ze względu na historyczną atrakcyjność oraz wyjątkową mentalność mieszkańców. I choć wcale nie od razu myśleliśmy o byłej stolicy, to decyzja ta okazała się celna. Mimo że nie jesteśmy krakusami, Herbert miał ogrom pomysłów, jak to miasto wykorzystać, ograć je. Muszę powiedzieć, że na początku pisaliśmy razem, ale to generowało zbyt wiele konfliktów. Więc zwyczajnie podzieliśmy się pracą i nawzajem siebie korygowaliśmy. Cyzelowaliśmy frazy, sytuacje itp. Czasami walczyliśmy na noże o słowo, frazę. Dlatego reżyserując spektakl, bardzo nalegam i proszę aktorów, by trzymali się napisanych kwestii. Ich rytmy, pointy to efekt ciężkiej pracy mojej i Herberta. Ale istotniejsze jest, że w każdej dobrej komedii najważniejsze są język, jego rytm, szyk zdania, zawiązanie dialogu i jego wybrzmienie. Bo dobrze napisany tekst buduje aktorowi rolę, a widzowi daje powód do śmiechu bez zasłon i woalek. Jak mawiał mój niedościgły mistrz Billy Wilder, do zrobienia dobrego filmu potrzebne są trzy rzeczy: dobry scenariusz, dobry scenariusz i dobry scenariusz.
– Zaproponowaliście – pan jako reżyser, projektantka kostiumów Hanna Sibilski i scenograf Katarzyna Wójtowicz – powrót do poetyki teatru retro. Inaczej ujmując, zapraszacie na spektakl, jakich się już mało ogląda się na współczesnych scenach. Kostiumy, scenografia, wieloobsadowość. Słowem: teatr pełen teatru i jego magii.
– Skoro wybrałem do realizacji farsę, której akcję osadziliśmy w c.k. Krakowie, kiedy to w mieście obowiązywał ruch lewostronny aż do 1922 roku, to nie chciałem jej widzieć w okrojonym plastycznie wydaniu. Jeżeli mówimy zatem o tzw. bogatej wystawie, to jest ona konsekwencją dramaturgicznego przemyślenia sztuki. Oczywiście można ubrać aktorów w garsonki i garnitury z sieciówki, ale jaki to ma sens w przypadku komedii dziejącej się ze sto dziesięć lat temu? Zapraszamy do karnawałowej possy – zabawy, dla której potrzebujemy obyczajowości uzasadniającej widzowi tok akcji i prawdopodobne zachowania bohaterów żyjących grubo ponad wiek temu. To dla nas, twórców, jest ważne. W związku z tym stawiamy na kostiumy i scenografię. Jednak proszę pamiętać, że ten świat prezentujemy ze współczesnej perspektywy, stąd wszędzie publiczność odnajdzie elementy dzisiejszych stylizacji. Z szacunku dla wrażliwości widowni Teatru Bagatela, dziękując naszą pracą za poświęcony nam czas, zadajemy sobie trud, żeby przygotować możliwie atrakcyjny spektakl. Skoro widz podjął wysiłek i wybrał się do teatru na Pensjonat Pana Bielańskiego, powinien otrzymać widowisko, na którym ma się nie nudzić. Umawiamy się z publicznością, że zapraszamy ją do niegdysiejszego, ale trochę im znanego świata, w którym nie ma scenicznego marazmu. Zapraszamy do teatru śmiechu, a nie do monotonii w teatrze, dlatego staramy się tworzyć kolorowe, ciekawe sceniczne sytuacje.
– Pensjonat Pana Bielańskiego jest komedią o próżności. To już zostało powiedziane. Bohaterowie, uważając się za unikatowe i ponadprzeciętne postaci, już sami się lokują w tym określeniu.
– Wszyscy jesteśmy próżni. I może dlatego Pensjonat jest taki ciekawy do wystawienia, że jego tematem jest właśnie próżność? [śmiech] Bardzo podoba mi się w tym tekście, że nie stawia się żadnego z bohaterów pod tablicą. My też nie lubimy być pouczani i karceni.
– Realizacja Pensjonatu w Bagateli jest już czwartą pańską pracą nad tym spektaklem. Zapewne już ma pan swoich ulubionych bohaterów. Jako absolwent Wydziału Aktorskiego krakowskiej PWST, czyli dyplomowany aktor, którą z postaci chciałby pan zagrać?
– Najchętniej wszystkie. Wszystkie po kolei. [śmiech] Może wstyd się przyznać, ale zazdroszczę aktorom, że mogą grać a to Stolnika, a to Bielańskiego, Jana czy Kwiaciarkę. Mówię zupełnie serio. Jak bym zagrał? To inna sprawa… na pewno nie tak dobrze, jak moi aktorzy, ale już sama możliwość zagrania takich „osobliwości“ wywołuje u mnie radość, więc perspektywa jest ogromnie kusząca.
rozmawiała Magdalena Musialik
Osoby
Marek Gierszał
Recenzje
Wacław Krupiński | ujot fm | Gazeta Wyborcza | wattpad
